Jadłodajnia

portal ludzi głodnych i spragnionych Boga

Kościół marzeń mych i koszmarów

O martwych kościołach i żywych relacjach międzyludzkich.

W Budzistowie, małej wiosce, która zapoczątkowała miasto Kołobrzeg, stoi mały kościółek z 1222 roku z otaczającymi go wielkimi drzewami, które również wiele pamiętają. Piękne to miejsce na przerwę podczas wycieczki rowerowej, by zatrzymać się na zjedzenie kanapek i poczytanie w przewodniku o tym ciekawym miejscu.

Od dawna pozostaję pod wrażeniem podobnych kościółków porozrzucanych po małych miejscowościach Pomorza Zachodniego. Pojawiło się kiedyś we mnie pragnienie, aby je wszystkie sfotografować celem upamiętnienia dorobku kultury mieszkańców tych ziem. Niewątpliwie byłby to pokaźny i cenny materiał dla miłośników historii i architektury.

Słowo kościół pochodzi od czeskiego słowa kostel i oznacza zamek warowny.

Kościół w języku polskim nosi wyjątkowo dużo znaczeń. Jednym z nich jest budynek przeznaczony dla chrześcijan na cele sakralne. Kościół oznacza także wyznanie, denominację, religię. W tym znaczeniu słowo to obciążone jest piętnem ekskluzywizmu, polityki i wojen religijnych.

Istnieje jeszcze jedno, pierwotne znaczenie – kościół jako wspólnota uczniów Nauczyciela z Nazaretu. W tym właśnie znaczeniu miała się ujawnić istota zamysłu jego założyciela. Jest ono jednak najsłabiej zrozumiane i najmniej praktykowane.

Podczas mojej podróży do Kenii i Zimbabwe miałem wiele przesiadek. Jedna z nich wypadła w Berlinie, gdzie przez wiele godzin musiałem czekać na samolot. Ponieważ jestem ciekawy świata i ludzi urządziłem sobie wycieczkę po mieście. Była niedziela rano. Ulice były wyludnione. Znalazłem się przed Kościołem Pamięci Cesarza Wilhelma, wielkiego budynku, którego po Drugiej Wojnie Światowej celowo nie odbudowywano pozostawiając jako pomnik okrucieństwa tamtych czasów. W jego ruinę wkomponowano nowy kościół.

Gdy młodzi chłopcy jeździli na deskorolkach słuchające rapu, ja znalazłem informację o nabożeństwie międzynarodowym, które miało się odbyć w nowym kościele o godzinie 10.00. Bardzo się ucieszyłem, bo bardzo lubię przebywać w środowisku ludzi, którzy mówią po angielsku.

Podczas gdy siedziałem na ławce w oczekiwaniu na spotkanie, jakiś niedobitek gorączki sobotniej nocy na moich oczach obsikał  mury starego kościoła.

Na nabożeństwo zebrało się około 100 osób. Niestety moje oczekiwania nie spełniły się. Nie było ani dobrej muzyki, ani dobrego kazania, ani też wspólnoty. Przez 45 minut ludzie wstawali, śpiewali, siadali, śpiewali, klękali i znowu wstawali. Nie usłyszałem ani jednego zdania sensownego nauczania. Po zakończeniu nabożeństwa przez jeszcze 10 minut siedziałem w ławce w nadziei, że ktoś do mnie podejdzie, odezwie się, zapyta o coś, zaprosi. Niestety nic takiego się nie wydarzyło. Uczestnicy nabożeństwa skupili się w grupkach znajomych. Przepraszając przeszedłem pomiędzy nimi. Tuż przy wyjściu usłyszałem męski głos skierowany w moim kierunku: – Przepraszam pana!- odwróciłem się z nadzieją. – Proszę wpisać się do Pamiątkowej Księgi Gości, która znajduje się przy wyjściu i z góry bardzo dziękuję – powiedział zadowolony. On wrócił do swojej rozmowy, a ja wniosłem oczekiwany wpis poprawiający im statystyki i wyszedłem. Tak niestety wygląda 90% kościołów chrześcijańskiego świata zachodu. Obojętność jest tak powszechna, że uczęszczający do kościołów ludzie nawet nie zauważają, że biorą udział w jakimś nienormalnym religijnym procederze.

Wyruszyłem, by kontynuować moją wycieczkę. Mijałem nowe i stare budynki Berlina wschodniego i zachodniego. Czytałem informacje o ważnych miejscach. Rozmyślałem nad historią tego niezrozumiałego dla mnie kraju.

Pogoda była ładna. Słońce przyjemnie rozgrzewało. Przyjemnie było maszerować. Wtedy zobaczyłem duży kościół, który ku mojemu zaskoczeniu miał otwarte drzwi, co nie często się zdarza w tym mieście.

Wszedłem do środka i usiadłam w ostatniej ławce. Właśnie trwało kazanie. Znajdowały się tam tylko trzy osoby białe, reszta była czarna. Okazało się, że było to zgromadzenie wierzących z Ghany, którzy wynajmowali ten budynek od Kościoła Ewangelickiego.

Nabożeństwo trwało jeszcze przez trzy godziny i miały miejsce jeszcze trzy kazania. Jedno z ich wygłosiłem ja. Jak do tego doszło? W pewnym momencie zostałem zaproszony do przodu. Prowadzący chciał mnie przywitać w imieniu całego kościoła i dowiedzieć skąd jestem. Opowiedziałem moją historię. Odebrali ją entuzjastycznie wśród okrzyków i oklasków. Potem podzieliłem się kilkoma myślami z Psalmów Dawida. To również odebrali entuzjastycznie. Na koniec kilka osób podeszło do mnie, aby pomodlić dla mnie się o bezpieczną podróż do Afryki. Robili to własnymi słowami z dużym zaangażowaniem. Było to bardzo miłe.

Dużo śpiewali i tańczyli. Jako instrumentów używali jedynie dwóch bębnów, trzech tamburynów oraz swoich silnych czarnych głosów. To wystarczyło, aby ten wielki budynek wypełnić muzyką.

Na koniec grube murzynki wyściskały mnie jak syna i zrobiły kanapki na podróż. Dostałem całą siatkę wszelakiego jedzenia. Jakieś 50 osób przyszło się pożegnać. Wszyscy się uśmiechali pokazując swoje białe zęby. Wyszedłem rozpromieniony. O to właśnie mi chodziło. Taki ma być kościół. Taką właśnie atmosferę mieliśmy w kościele, który założyliśmy w Kołobrzegu.

Przez ostatnie dwadzieścia lat odwiedziłem dziesiątki kościołów różnych wyznań i religii. Między innymi byłem w cerkwii prawosławnej, żydowskiej synagodze, muzułmańskim meczecie, świątyni Baha’i, sali królestwa świadków Jehowy, na nabożeństwie u mormonów, scjentystów i innych. Bardzo interesuje mnie w co ludzie wierzą, dlaczego w to wierzą oraz dlaczego nie wierzą oraz jaki wpływ na ich życie tych ludzi ma to w co wierzą. Często nie ma żadnego, ale czasami owoce życia niektórych wspólnot są tak spektakularne, że pod wpływem ich misji z miast znika przestępczość, dilerzy przestają sprzedawać narkotyki, znika prostytucja, maleje bezrobocie, a bezdomni zyskują domy i rodziny. Największym owocem jest jednak kiedy ludzie o rozdwojonym umyśle (żyjący podwójnym życiem, posiadający podwójną moralność) zyskują wewnętrzną harmonię i zaczynają żyć jednym, bezkompromisowo szlachetnym życiem bez względu na presję otoczenia. Tego nam Polakom bardzo potrzeba.

Oddzielne zagadnienie stanowią kościoły amerykańskie, które często funkcjonują jak miasta z olbrzymimi budynkami, parkingami na tysiące samochodów, fontannami, patiami, dywanami, miękkimi ławkami, szkołami, rozwiniętym poradnictwem, grupami wsparcia, scenami zamiast ołtarza, na których grają zespoły porównywalne do tych z czołówek list przebojów, chórami gospel z ich wspaniałymi jazzmanami, a w końcu genialnymi mówcami, których nauczanie elektryzuje miliony słuchaczy poprzez radio i telewizję. Kiedyś napiszę o tym więcej.

Maciej Strzyżewski

 

 

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 10/03/2011 by in Inspirujące inicjatywy, transfer.